nieprawda, że tylko mężczyźni rywalizują.
historia tych kilku lat jest jak wyścig z punktami przydzielanymi za różne przejawy postępu w kontaktach społecznych. każde zdjęcie zamieszczone na facebooku, zrobione na tle samochodu/domu/pięknej kobiety, każdy "pokemon" w serwisie społecznościowym, wpis na blogu - to małe plusy. każda wzmianka w prasie, wystąpienie na konferencji, kilka liter przed nazwiskiem lub po, ciekawy tytuł na własnej wizytówce i szuflada pełna wizytówek obcych - to duże punkty. potem wszystko sumujesz i zupełnie jak w psychoteście dowiadujesz się, czy bliżej ci do baby jagi, czy do condoleezzy rice.
i tylko w środku nocy budzi cię myśl: a jeśli przeciwnik w ogóle się nie ściga, tylko tak mu w życiu wychodzi (ot-tak)? a jeśli okaże się, że startujesz w niewłaściwej konkurencji i od dłuższego czasu biegniesz po niewłaściwą nagrodę, to co?
czasami dotyka niespodziewanie i na najbardziej podstawowym poziomie. pewne rzeczy do końca życia będą ci się kojarzyły jednoznacznie.
przechodząc w sklepie między półkami z bielizną nagle stajesz jak wryta. w jednej sekundzie jesteś znowu tam—w mieszkaniu, które wciąż pamiętasz jako mroczne i tajemnicze; w którym każdy wieczór był jednocześnie podobny do poprzedniego i zupełnie nieprzewidywalny. to miejsce—w którym kto inny rządził, gdzie smugi dymu z kadzidła oplatały dźwięki i wtapiały się w mrok—zapamiętasz na zawsze.
In your room
Where time stands still
Or moves at your will
Will you let the morning come soon
Or will you leave me lying here…
a wszystko przez ten zapach: farby, mebli, plastiku… Bóg wie czego… ten sam, który witał cię wtedy w progu.
rok mija… nie ma go już praktycznie w twoim życiu. zastanawiające jednak, jak często w myślach imię obecnego mężczyzny mylisz z poprzednim, choc przeciez za nic nie zamieniłabyś aktualnego — nieidealnego przecież układu — na tamten.
czasem jeszcze mama zapyta:
— a co u niego słychać?
— a dlaczego pytasz?
— tak jakoś… ciepło go wspominam…
czasem tylko mijając kogoś na ulicy pomyślisz: tak samo zarzucał szalik na ramię, dopóki go tego nie oduczyłam; albo: ma brwi zupełnie podobne do… czasami widzisz go w cudzym spojrzeniu, niewinnym geście…
jak długo jeszcze?
dużo dużo później...
poszukiwanie nowych znajomości zostało zepchnięte na samo dno listy priorytetów, zdominowanej teraz przez wiele różnych rzeczy z szuflady pt. "rozwój osobisty". nie znaczy to jednak, że przestajesz odpisywać na e-maile i smsy, że przestaniesz spotykać się ze znajomymi - au contraire.
jest sobotni wieczór, prawie wiosenny, jednak jeszcze zdecydowanie chłodny. znacie się od kilku miesięcy, albo lat - zależnie od perspektywy. od kilku tygodni "wpadasz" do niego dosyć często...
oczywiście wszyscy wiedzą, że tego dnia nie skrócił urlopu ze względu na pracę; oczywiście nie odwiedzasz go tylko po to, by obejrzeć nowy film na DVD; oczywiście mówiąc "powinnam już iść" wcale nie masz tego na myśli...
siedzicie więc obok siebie na kanapie -- bliżej niż zwykle i wciąż dalej, niż oboje byście chcieli. problem w tym, że ktoś musi głośno powiedzieć, że wcale nie przeszkadza mu delikatne głaskanie dłoni...
po filmie jest już zbyt późno, by wracać do domu. zostajesz na noc, dostajesz "swoją stronę łóżka" i do rana nie możesz zasnąć. a wtedy on podnosi się z łóżka i idzie po świeże bułki.
powoli zapominasz, jak pachnie, jak smakuje, ostatnio nawet jak wygląda. życie nowej ery liczy się od jego odejścia. on sam coraz bardziej jest dla ciebie jedynie wspomnieniem, LiterkamiSMSaNaEkranieTelefonu, sporadycznym emailem. kiedy jest ci źle, nie czekasz już zawinięta w koc nasłuchując, czy za chwilę otworzą się drzwi, czy przyjdzie i całując cię w szyję zapyta „o co chodzi kochanie? co się stało?”
dziś śniło ci się, że dostałaś od niego najdłuższą w życiu wiadomość jabberową. wyjaśniał w niej wszystko — jak, dlaczego i po co. szkoda, że właściwie niczego nie zapamiętałaś. oczywiście nie dowiedziałabyś się, co on o tym sądzi, ale może lepiej zrozumiałabyś siebie?
a twoje uczucia stygną. tylko czasami coś mocniej wbija szpilę, kiedy pomyślisz, jak się wiją w swoim gniazdku miłości… masz jednak cichą nadzieję, że nie jest ono aż tak solidne. suka ogrodnika? dokładnie
twoje samopoczucie jak pogoda za oknem — szare, mokre, nieprzewidywalne… zrobiłaś, o co cię poprosił. przyłożyłaś się do tego, jak zwykle; pomogłaś mu najlepiej, jak umiałaś.
teraz… jaka jest twoja cena? no właśnie… nie chcesz sprowadzać tego do zwykłej transakcji, ale może tak jest faktycznie lepiej? tanio się sprzedajesz, ale co tam, stać cię. możesz sobie pozwolić na tę odrobinę hojności… i słabości, niestety.
teraz… spotykacie się sporadycznie, wymiana zostawionych, zapomnianych rzeczy w deszczowy dzień. zwrot o 180 stopni i odchodzicie w przeciwne strony. to nieprawda, że nie macie o czym rozmawiać. jednak monologi wystarczająco długo już wygłaszasz przed lustrem, nie potrzebujesz do tego jego obecności. zresztą... “nie wymieniam poglądów, bo na tym tracę”.
dokąd wyparowało to uczucie? nie mogło tak po prostu zniknąć, ulotnić się w atmosferze. nie w tak głupi sposób.
facet na basenie. wychodzi z szatni rozsiewając wkoło swój zapach — delikatny, ale kuszący. boże! jaka szkoda, że woda go tak szybko zmyła. mogłabyś za nim pływać przez godzinę.
gość z firmy robiącej wam audyt — uwielbiasz profesjonalistów, emanują pewnością siebie, która promieniuje na inne sfery ich życia; dlatego tak przyjemnie się z nimi rozmawia. mogłabyś dyskutować z nim o zysku operacyjnym przez cały wieczór.
wyjątkowo przystojny facet spotkany na ulicy. wychodzi zdecydowanym krokiem z kamienicy. telefon w jednej, kluczyki do auta w drugiej. mogłabyś pojechać z nim gdziekolwiek, gdybyś tylko nie była już spóźniona na spotkanie…
jeszcze chwila, jeszcze nie teraz, nie musisz się spieszyć. jednak wiesz już, że świat nie kończy się na jednym zagubionym facecie. na zewnątrz tętni życie i wszystko jest już przygotowane na moment, kiedy postanowisz się ponownie w nie włączyć.
czy to przypadek, że właśnie dziś zadzwonił znajomy, którego od pięciu lat nie widziałaś?
świat jest pełen par, akurat wtedy, kiedy ci to najbardziej przeszkadza. pary w hipermarkecie, pary na ulicach, pary we wszystkich filmach, jakie oglądasz. przypominają ci o szczęściu, które ci brutalnie i nagle odebrano. a już najbardziej wkurzają cię pary spodziewające się dziecka. terror emocjonalny.
jeszcze kilka tygodni wcześniej cieszyłaś się na ich widok, bo sama byłaś szczęśliwa. teraz okazuje się, że musisz dostosować swoje ścieżki nie tylko po to, by przypadkiem nie spotykać jego, ale również by omijać natężenie irytujących par. grrrr...
katastrofy są zazwyczaj złożeniem kilku niefortunnych zdarzeń, które same w sobie byłyby do przeżycia, gdyby nie wystąpiły razem. we didn't start the fire. it was always burning… faceci nie mają monopolu na idiotyczne zagrania, ale wiesz, że tobie momentami też brakuje finezji i wyczucia. wówczas skutki są opłakane.
z całą twoją wiarą w brak rzeczy i posunięć ostatecznych zaczynasz obawiać się, czy nie otarłaś się właśnie o jedną z nich. wróci/nie wróci przestało być zmartwieniem. uważa/nie uważa za szmatę nie pozostawia wątpliwości. pozwoli/nie pozwoli sobie wytłumaczyć… nie jest już pewne. chociaż i tak żadne tłumaczenie cię nie usprawiedliwia. możesz jedynie nawrócić się i zacząć modlić o wybaczenie, tyle ci pozostało.
zadawanie bólu boli. nigdy więcej tego nie rób. nigdy więcej nie dopuść nawet, by wyszło ci to przez przypadek.
siedzicie w kawiarni naprzeciw siebie. patrzysz w okno, on patrzy na ciebie. oczywiście, że zadzwonił, dokładnie tak, jak się spodziewałaś. mimo tego całego „jesteś cudowna, ale nie tak jak ona”, wciąż są rzeczy, które tylko ty możesz zrobić; ludzie, do których nikt inny lepiej nie potrafi dotrzeć. nagle znowu jesteś potrzebna.
i sama już nie wiesz… bo z jednej strony zdajesz sobie sprawę, że przemawia przez niego chłodna kalkulacja: jeśli ty tego nie zrobisz, to w końcu znajdzie się ktoś inny, po prostu droższy. z drugiej strony — widzisz, że nie jest mu dobrze, że powoli, ale systematycznie kiełkuje w nim świadomość popełnionego błędu. a nie jest na tyle wyrachowany, by udawać takie rzeczy. i przestajesz go nienawidzić, nadal zależy ci na tym, by miał dobrze w życiu; dlaczego więc miałabyś nie pomóc?
spotykasz się z wiernymi przyjaciółkami, które są z tobą zawsze w ciężkich
chwilach. pytasz je po kolei, co o tym wszystkim sądzisz? i jedyną
odpowiedzią, jaką udaje ci się z nich wydusić, jest:
- wiesz, bo on od początku do ciebie nie pasował, nie zasługiwał na ciebie.
- no dobrze, ale co było nie tak? jakie miałaś zastrzeżenia?
- a nie powiem, bo jeszcze się dowie
- ale nie dowie się, nie rozmawiam z nim, powiedz!
- nie
idźcie do diabła…
czasami udaje im się poprawić ci humor, kiedy wyciągają cię na wycieczkę za miasto, albo do kina, albo na kręgle… jednak w poważnych rozmowach są po prostu kiepskie.
i jak możesz im powiedzieć, że zadzwonił? że to, na co liczyłaś za miesiąc, dzieje się już teraz? nie możesz, po prostu nie zrozumieją.
oglądasz stary film z gregory peckiem… owszem, uratował drozda, ale wcale nie nad tym się rozczulasz. owijasz się szczelnie kocem, przyciskasz poduszkę do brzucha i gorąco pragniesz znaleźć się gdzieś daleko. chcesz, żeby było lato, chcesz siedzieć nad brzegiem jeziora i czuć powiew chłodnego wiatru we włosach. chcesz kołysać się na ławce zawieszonej na tarasie. typowe… żałosne…
jest tak cudowna — myślisz. też chesz mieć taką córeczkę — to z powodu dzieci jest ci smutno. byłaś już zdecydowana, byłaś naprawdę blisko… byliście… czujesz, jak instynkt macierzyński nie tylko odzywa się w tobie, ale wręcz krzyczy. chcesz zaopiekować się swoim maleństwem. teraz musisz poczekać, nie wiadomo jak długo.
próbujesz pogodzić się z tym, co zaszło i spisać kawałek życia po prostu na straty. zazwyczaj wychodzi całkiem nieźle, musisz być jednak przygotowana na to, co przychodzi w nocy. kiedy kładziesz się spać, twój umysł zwalnia, dryfuje w obszary, których nie kontrolujesz i na przekór świadomości podsuwa ci wspomnienia.
— a to — obrazek z wakacji w górach — przyjemnie wam było razem, prawda?
— a pamiętasz, jak… — wredny upiór, chcesz SPAĆ! czy tak wiele wymagasz?
zmęczenie fizyczne przed położeniem się do łóżka pomaga... czasami. możesz się upić, ale nie chcesz tego załatwiać przy pomocy alkoholu. możesz w końcu pogodzić się z faktem, że do trzeciej masz spanie z głowy. dałoby się z tym żyć, gdybyś nie musiała rano wstawać do pracy.
bezsenne noce, senne dni…
sączysz wino czytając jakąś książkę i nagle nachodzi cię myśl: hej! przecież to jakiś absurd... zawsze byłaś silniejszą stroną tego związku. paradoksalnie to on miał większe problemy z określeniem, na czym mu w życiu zależy i jak to osiągnąć. właśnie dlatego był zazdrosny i najbardziej obawiał się, że znajdziesz sobie kogoś równie przebojowego.
nagle z dnia na dzień okazuje się, że wszystkie te strachy zostały odwrócone, że ta słabsza strona znalazła dość siły, by powiedzieć żegnaj. niewiarygodne.
z drugiej strony, od zawsze on rzucał. nie potrafił wytrzymać chwili samotnie, eksploatował wszystkie swoje ex, dopóki nie znalazł następnej, podobno lepszej. naiwna, sądziłaś, że przy tobie się zmieni, że możesz go czegoś nauczyć i sprawić, że dorośnie. prawie ci się udało.
ale jak można być tak beznadziejnie głupim? tak bezgranicznie wierzyć, że ta sama rzeka po kilku latach może zmienić swój bieg, że może tym razem uda się ją przejść bezpiecznie? przecież takie rzeczy się nie zdarzają! zastanawiasz się, jak można po tylu latach nie wiedzieć, że żona sąsiada zawsze będzie ładniejsza, zawsze. clue polega na subtelnej różnicy między zwierzyną a trofeum. to, że z nim flirtuje, nie oznacza jeszcze, że nie ma rozstępów i nie jest wredną suką na co dzień.
ty to widzisz, on nie. ty wiesz, co będzie dalej, on nie.
alternatywą jest oczywiście słowo na z, bo niektórzy muszą własnoręcznie sprawdzić uda sąsiadki. samo słowo harcerki im nie wystarczy. i wcale nie jesteś pewna, czy to wyjście by ci się spodobało.
jest głupi, więc obrażasz się na niego, co samo w sobie jest kolejnym idiotyzmem, ale tak właśnie jest…
Fuck!
pieprzyć zen! dlaczego masz siedzieć spokojnie, skoro są powody do wkurzenia?! tyle zachodu i wszystko w kibel…dlaczego to ty masz patrzeć na gołe ściany i znosić pustkę? nie chcesz chodzić z tabliczką abandoned na plecach. nie fair, że spotyka to akurat ciebie—jedyną z trzech osób, która nie zrobiła niczego złego w tym układzie, choć pewnie popełniła po drodze kilka błędów… masz nadzieję, że ktoś za to zapłaci, ktoś się będzie smażył, ktoś bardzo konkretny. trzeci punkcie trójkąta…
Fuck you!
los popisał się kiepskim poczuciem humoru zmuszając historię do zatoczenia koła. oboje zdają się jednak zapominać, że trójkąty są najbardziej wytrzymałymi konstrukcjami, a koło historii równie łatwo zatrzymać, co zmusić do ponownego obrotu. zresztą...
Fuck you anyway!
jedna ważna rzecz, jakiej nauczył cię ojciec, to nie otwierać korespondencji przed obiadem. wiesz, że coś wisi w powietrzu; wiesz, że nie będzie przyjemne. i zdarzy się na pewno, to nieuniknione, ale skoro tak, to przynajmniej wydarzy się na twoich warunkach, po obiedzie, bo kto wie, czy później będziesz w stanie cokolwiek przełknąć. tak więc z pełnym żołądkiem stajesz twarzą w twarz z nieznanym i strasznym i po chwili wiesz już, gdzie wcisnąć znaleziony wczoraj pod tapczanem kawałek puzzli. nagle wszystkie subtelne znaki, dzięki temu małemu fragmentowi, zaczynają do siebie pasować, układają się w spójną całość. a więc coś, co budujesz od kilkudziesięciu już miesięcy, jest wspaniałe, prawie idealne, w zasadzie nikt nie zgłasza zastrzeżeń... tyle że konkurencja wyszła z lepszą ofertą. i nie próbuj tego ratować, nikomu już nie zależy... czujesz ulgę, bo w końcu wiesz, co jest grane. pewne rzeczy można zmieniać, innych się nie da; to właśnie są te inne. trudno, puszczasz więc spokojną, relaksującą muzykę i pakujesz wszystko do kartonowego pudła. zostawiasz instrukcje na wierzchu, by dział logistyki wiedział, co zrobić z przesyłką. signed-sealed-delivered; nie ma potrzeby, by dalej się zajmować tą sprawą.
tylko dlaczego tak ciężko jest zasnąć, kiedy umysł przedstawia ci kolejne wspomnienia, przy każdym wyświetlając okno are you sure you want to delete?